Zlikwidujmy fabryki bezrobotnych (?)

Po Internecie krąży fragment wywiadu udzielonego przez przewodniczącego PO dr. Borysa Budkę Gazecie Wyborczej, w którym zapowiedział likwidację lub ograniczenie możliwości studiowania teologii i historii. Zdaniem posła są to kierunki, po których nie ma zatrudnienia i „nie można na nich budować nowoczesnego państwa.”

Tym samym szef jednej z największych partii opozycyjnych dołączył do długiego ostatnio szeregu polityków uważających, że studia dające wykształcenie, ale nie dobrze płatny zawód nie mają sensu i nie powinny być finansowane ze środków publicznych. Choć takie antyintelektualne podejście przypisuje się głównie politykom konserwatywnym, to nawet Barack Obama pozwolił sobie na uwagę, że lepiej mieć wykształcenie zawodowe niż dyplom z historii sztuki. W Polsce Donald Tusk twierdził, że lepiej być spawaczem niż „wiecznie bezrobotnym politologiem.” Najdalej zapędzili się chyba Australijczycy wprowadzając ostatnio wyższe czesne na kierunkach „nierynkowych” lub takich, które studiuje za dużo ludzi (m.in. prawo i biznes)

No to popatrzmy sobie jak z tym bezrobociem i niskimi zarobkami wśród teologów i historyków jest naprawdę? Mamy rządowy serwis badający Ekonomiczne Losy Absolwentów (ELA) i możemy popatrzeć, jak wyglądał np. względny poziom zarobków i bezrobocia dla obu tych kierunków. Względny, czyli w stosunku do przeciętnej w miejscu zamieszkania. Dla obu kierunków zerknąłem na studia stacjonarne, przy czym teologia to studia jednolite, a przy historii wziąłem pod uwagę studia II stopnia. Wyniki poniżej 1 oznaczają, że przeciętne bezrobocie/zarobki są poniżej średniej w miejscu zamieszkania.

Dla teologii wskaźniki bezrobocia są w istocie szokujące – dla pierwszych 7 uczelni w zestawieniu wynoszą równe ZERO i tylko w jednym przypadku (UŚl) są większe niż 1 drugi od końca UKSW ma 0.61, a trzeci KUL 0. 29. Jeśli chodzi o zarobki to najlepiej radzą sobie absolwenci UPJP2, sekcja w Tarnowie (0.97), najgorzej – UPJP2 w Krakowie (0.54) i PWT w Warszawie (0.44).

Teologię można studiować w 13 ośrodkach.

Historycy też nie zawsze są bezrobotni, choć muszą się bardziej starać niż teologowie. Dla Uniwersytetu Warszawskiego względny wskaźnik bezrobocia wynosi ZERO, najgorzej radzi sobie Uniwersytet Rzeszowski – 3.44. Jeśli chodzi o zarobki, to na czele tabeli jest Uniwersytet Jana Kochanowskiego (Filia w Piotrkowie) ze wskaźnikiem 0.82. Na drugim miejscu – Siedlce ze wskaźnikiem 0.67. Warszawa jest na czwartym miejscu ze wskaźnikiem 0.62. Na końcu listy licząc od końca: KUL (0.41), Szczecin (0.43) i Uniwersytet Jana Kochanowskiego (Kielce) też 0.43.

Historię można studiować w 20 ośrodkach.

Humaniści zarabiają mało z definicji – państwo nie płaci nauczycielom czy archiwistom kokosów, ale wciąż ich potrzebuje. Co innego kierunki „rynkowe,” których absolwenci mają kosić kasę w biznesie i przemyśle. Zobaczmy więc, jak wyglądają te dane dla biotechnologii (kiedyś kierunek zamawiany i przyszłość polskiego przemysłu) oraz finansów i rachunkowości (nuda, ale każdy potrzebuje)

Biotechnologowie radzą sobie na rynku pracy całkiem nieźle. Czołówka to Uniwersytet Gdański ze wskaźnikiem 0.29 (zauważmy – gorzej niż historyk po UW), ogon – Uniwersytet Rolniczy w Krakowie (3.29). Czyli mniej więcej poziom historyka z Rzeszowa.

Zarobki biotechnologów też nie powalają. Uniwersytet Warszawski ma wskaźnik 0.75 Listę zamyka Pomorski Uniwersytet w Szczecinie ze wskaźnikiem 0.34. Gorzej niż teologia i historia na obu końcach skali.

Biotechnologię można studiować w 36 ośrodkach.

Na koniec finanse i rachunkowość. Z bezrobociem nieźle, jeśli się skończyło SGH (ZERO). Jeśli jednak ten sam kierunek skończyło się na Politechnice Częstochowskiej, to względny wskaźnik bezrobocia wynosi, uwaga, 3,06. Lepiej niż historia w Rzeszowie, ale szału nie ma.

Z zarobkami jest lepiej. Na czele znów SGH (1.57), stawkę zamyka znów Częstochowa (0.51)

Finanse i rachunkowość można studiować w 20 ośrodkach.

Czyli rzut oka na wskaźniki pokazuje nam, że niekoniecznie jest tak, jak myśli dr Budka. Należy oczywiście pamiętać, że te wskaźniki nie są tak dobre, jak się ich twórcom wydaje. Dane z ZUS mają jedną poważną wadę – pokazują wysokość składki a nie zarobków. Czyli jeśli jest tak, że np. absolwenci uczelni X częściej zakładają własną działalność a Y pracują na etacie będą inaczej oskładkowani. Bezrobocie wydaje się lepszą miarą, jednak i tu potrzebne byłyby dokładniejsze badania. Twórcy ELA zdają sobie sprawę z niedoskonałości systemu, co widać m. in. w raporcie dotyczącym prawników po aplikacji.

Podsumowując – zdarzyło się politykowi coś powiedzieć chyba bez głębszego namysłu. Każdy tak miał. Z drugiej strony, mówimy o danych publicznie dostępnych i nawet nie trzeba składać wniosków o dostęp do informacji publicznej. Ktoś tam nie zadbał o to, żeby przekazać interviewowanemu (jest takie słowo) podstawowych informacji. I to skłania mnie do zastanowienia się, czy poprzednie reformy nauki i szkolnictwa wyższego też były oparte na takich, delikatnie mówiąc niepełnych danych i czy przygotowywane zapewne na wypadek wygranych wyborów projekty kolejnych reform są też pisane bez sprawdzenia jak jest naprawdę?