Jakoś nie jestem wzburzony

Dziennik –  Gazeta Prawna opublikował tekst o stanowisku Ministerstwa Sprawiedliwości w sprawie Ustawy 2.0. Tytuł sugeruje, że minister chce po sądach wziąć za pysk uczelnie (nie jego działka, ale dla chcącego…) tudzież, że środowisko jest oburzone. I w istocie, od Obywateli Nauki po KKHP pojawiły się krytyczne głosy. Nieco chyba odruchowo, bo w sprawach szkolnictwa wyższego władza publiczna rzadko mówi ludzkim głosem (każda władza, nie dyskryminuję ze względu na poglądy). Tymczasem mimo ogólnej chęci do oprotestowania wszystkiego, co z Ustawą 2.0 się wiąże, wyjątkowo jakoś nie umiem się oburzyć. Dlaczego? Bo obok rzeczy nie do przyjęcia, choć (auć!) dopuszczalnych formalnie jest tam parę ciekawych myśli.

Dla porządku zacznę od tego, co budzi sprzeciw, że aż się chce iść z pochodnią poprotestować. Z pochodnią, bo świeczka, nawet gromnica, to za mało. Otóż ministerstwo sugeruje powrót do centralnie ustalanych minimów programowych. Koszmar, z którego szczęśliwie zrezygnowaliśmy parę lat temu. Dzięki temu, że uczelnie mogą kształtować swoje studia stosownie do potrzeb, młodsze uczelnie dostały szansę stworzenia takich programów, jakich student naprawdę potrzebuje, a nie takich, jakie chcą mieć urzędnicy lub zasiedziała kadra od króla Ćwieczka wykładająca ten sam przedmiot. Model ze sztywnymi, centralnymi programami studiów mają bodaj Francuzi i cierpią z tej przyczyny niemożebnie. Tu akurat podglądanie Francuzów dostarcza raczej wzorców niedobrych praktyk.

A teraz zaskoczenie: są tam pomysły ciekawe, z którymi można się zgadzać, albo nie, ale warto je przemyśleć.

Po pierwsze limity przyjęć na studia. Teraz w zasadzie miejsc jest tyle, że każdy może się dostać. Ma to dwa skutki uboczne. Primo, duże uczelnie otwarły szeroko bramy dla studentów, żeby mieć narybek do odchowania. W konsekwencji widać wyraźny przepływ kandydatów do większych ośrodków, dbających o to, żeby mieć obciążenia dla pracowników. No i minister nauki narzeka potem, że na elitarnych uczelnich studiuje po 40 tys. osób. Problemowi temu usiłuje się zaradzić zachęcając uczelnie do utrzymywania stałej proporcji 13 studentów na jednego wykładowcę, ale nie sprawi to, że taki Uniwersytet Najstarszy albo Szkoła Główna Największa zaczną przyjmować po 15 osób na rok. Secundo zaburzona została proporcja studentów studiujących poszczególne kierunki. Żeby utrzymać magiczny współczynnik 13:1 uczelnie przyjmują dużo studentów na kierunki popularne, dzięki temu mogą utrzymywać kierunki niszowe, choć społecznie i gospodarczo potrzebne. Potem narzekamy, że uczelnie wypuszczają więcej nauczycieli, prawników, psychologów, czy biotechnologów niż jest w stanie wchłonąć rynek. Za to średnia się zgadza.

Wprowadzenie centralnie ustalanych limitów sprawiłoby, że studenci byliby rozmieszczeni równomiernie pomiędzy ośrodkami, zniknęłaby także pokusa „pompowania” przyjęć na niektóre kierunki. Dodatkowo zapewniłoby to stabilność finansów uczelni, gdyż ich dotacja dydaktyczna pokrywałaby  koszty kształcenia ściśle określonej liczby studentów przez pełen cykl. Przy takim systemie można by nawet zrezygnować z odpłatności za studia niestacjonarne. Dodatkowym bonusem byłoby to, że uczelnie konkurowałyby ze sobą nie o jak największą liczbę studentów, lecz o jak najlepszych studentów. Mogłoby się okazać, że mniejsze uczelnie stałyby się przez to bardziej selektywne, co wpłynęłoby na jakość kształcenia. Wadą limitów jest to, że część studentów musiałaby pozostać poza systemem wyższego szkolnictwa publicznego, można temu zapobiec wprowadzając postulowane przez KKHP kolegia, które będą stosowały zasadę otwartego naboru, kształcąc na 5 i 6 poziomie ramy kwalifikacji.

Po drugie, Ministerstwo Sprawiedliwości sensownie zauważa, że projekt Ustawy 2.0. sztucznie uprzywilejowuje duże ośrodki, dając im de facto monopol na nadawanie stopni doktora i doktora habilitowanego, tudzież pełną swobodę kształtowania programów studiów. Krok bezprecedensowy, bo nie ma chyba kraju, którego uczelnie są w pierwszej setce rankingu szanghajskiego, który dyskryminowałby w ten sposób ośrodki akademickie. Co więcej, należy się zgodzić z wątpliwościami, czy takie zróżnicowanie autonomii, dodajmy już dziś widoczne w obowiązujących przepisach, jest zgodne z Konstytucją RP:

 Konstytucja umożliwia ograniczenie autonomii uczelni, ale wszystkich w ten sam sposób. Ograniczenia dla tych mniejszych uniemożliwią im skuteczne konkurowanie z uniwersytetami (wiceminister Woś dla DGP)

Po trzecie wreszcie do przemyślenia jest też sposób określania minimum kadrowego. Całkowita rezygnacja z minimów w istocie może prowadzić do inflacji jakości i przyjęcia wariantu oszczędnościowego „uczyć może każdy.” Poprzeć należy zrównanie zasad zaliczania do minimów w uczelniach publicznych i niepublicznych, choć nie wiem, czy akurat wiek uczonego powinien być tu rozstrzygający.

Summa – pierwszy od dłuższego czasu głos w dyskusji, który coś wnosi do sprawy. Niezależnie od tego, czy się z MS zgadzamy. Pierwszy, choć nie jedyny. Wcześniej pojawiła się opinia Prokuratorii Generalnej, zgodnie z którą reforma niczego nie reformuje. Wieść gminna niesie, że ciekawe uwagi wniósł piórem swojej zastępczyni wicepremier Morawiecki. Tu jednak piszący te słowa opiera się tylko na relacji ustnej.

 

Reklamy

1 Comment

  1. No cóż słusznie. Teraz wielu absolwentów studiów prawniczych, a także adwokatów, prokuratorów i sędziów mizernie przeprowadza jeśli już rozumowanie logiczne. Chyba nie ma tego czynić obywatel bo tenże może być niewykształcony. I wedle mnie to jest główna przyczyna negatywnego postrzegania wymiaru sprawiedliwości. Nadal mamy więc w polskim wymiarze sprawiedliwości palenie czarownic na stosie i unikanie kary przez tych, którzy działając przestępczo mogą swojemu działaniu przypisać inne motywy, gdyż sędziowie i prokuratorzy przy tym intelektualnie wysiadają.
    Minima programowe to jak nazwa wskazuje minima. Nic nie stoi na przeszkodzie, aby uczelnie te minima poszerzały we własnym zakresie. Tak na prawdę wykłady 30 godzinne obecnie wykładane w Polsce można spokojnie z wykorzystaniem slajdów omówić w 15 godzin, jak nie krócej. To jest więc bardzo niska wydajność. Minima więc w 15 godzin, a poszerzenie w kolejnych 15 godzinach. Tyle, że obecni profesorowie maja kłopot w tym co w ramach tych 15 godzin dodatkowo powiedzieć. Nie mówię o naukach nieścisłych bo tam lać wodę można godzinami.
    Limity przyjęć, a jakże winny być, co nie znaczy, że uczelnia nie może przyjąć więcej, gdy zorganizuje sobie sponsorów i wprowadzi odpłatność na miejscach poza limitowe.
    Nadawanie tytułów habilitowanego wyrzucić. Doktora po określonej liczbie publikacji może nadawać każdy ośrodek. PRACA DOKTORSKA to szersza publikacja.
    Minima kadrowe do likwidacji. Utrzymanie minimum kadrowych to zatrudnianie drogich pazernych profesorów często cwaniaków, którzy nawet nie przykładają się do zajęć ze studentami.
    Pensja na uczelni winna mieć wymiar stały i ruchomy zależny od wyników pracy naukowej. Ta zmienna część ulegała by zmianie po ocenie okresowej i trwała by przez okres następnej oceny.
    Oczywiście kryteria oceny muszą ustalić osoby inne niż profesory i habilitanci.
    Teraz profesorom płaci się za prace wykonaną w przeszłości. Jest to całkowicie irracjonalne. Nikt z pracowników nigdzie nie dostaje pensji za pracę którą wykonał lat kilka temu, ale za to co wykonuje teraz.

Możliwość komentowania jest wyłączona.