Lawina idzie. Część II – wykaz czasopism i wydawnictw

Kolejnym kluczowym rozporządzeniem towarzyszącym Ustawie 2.0 jest akt odnoszący się do zasad sporządzania listy czasopism i wydawnictw punktowanych. Podobnie jak w przypadku rozporządzenia dotyczącego wykazu dyscyplin mam wrażenie, że ustawodawca zatrzymał się w pół drogi – miał niezły, jeśli nie bardzo dobry pomysł, a potem się go przestraszył i ograniczył się do zaproponowania jego okrojonej, by nie rzec – wytrzebionej wersji.

Zgodnie z projektem punktowane będą czasopisma znajdujące się na wskazanych w projekcie listach. Ogólnie rzecz ujmując, MNiSW kocha Web of Science i jej pochodne oraz SCOPUS. Dodatkowo punktowane będą czaspisma wyróżnione przez ministerstwo w specjalnym konkursie na dostosowanie badziewnych czasopism krajowych do Wspaniałych i Naukowych Standardów Międzynarodowych. Mniejsza o to, że większość polskich czasopism naukowych sensu stricto, a nie powstałych tylko po to, żeby doktoranci mieli gdzie publikować, bo to jest potrzebne do otwarcia przewodu doktorskiego, standardy te od dawna spełnia, poza być może posiadaniem DOI i publikacją w otwartym dostępie. Władza wykonawcza ma święte prawo wybrać sobie, co uważa za fajne, wybór ten nie może jednak być arbitralny i pozbawiony uzasadnienia. Tu MNiSW grzeszy nadmierną wiarą w wyjątkową naukowość czasopism na WoS i w SCOPUSie.  Minister wychodzi z założenia, że naukowo liczą się tylko te teksty, które znajdują się we wskazanych w rozporządzeniu bazach i w dodatku mają wyliczony współczynnik SNIP. Czasopisma bez SNIP dostaną jakieś marne 20 pkt. Plankton spoza listy – 5 pkt.

Spoglądając na SNIP wyliczony dla nauk prawnych widzimy dość dużą przewagę czasopism poświęconych krymionologii i szeroko rozumianym naukom penalnym, prawu porównawczemu, międzynarodowemu i europejskiemu, natomiast czasopisma poświęcone dogmatykom prawniczym stanowią mniejszość (pomijam amerykańskie law reviews). Jeśli podobne dysproporcje występują także w innych dyscyplinach w naukach humanistycznych i społecznych, może to wpłynąć na sposób uprawiania nauki. Uczelnie będą promować te specjalności, w których istnieje najwięcej czasopism z wysoką punktacją kosztem pozostałych, niezależnie od tego, czy ma to sens naukowy i dydaktyczny. Poszczególni uczeni będą dostosowywać się do reguł gry badając nie to, co jest warte badania, a to, za co są punkty. Plusikiem może być to, że przy dobrze skonstruowanym algorytmie finansowania (czekamy) uczelniom będzie się opłacać zatrudnianie specjalistów w niszowych, ale dobrze „biorących” specjalnościach na etatach czysto badawczych. Minusikiem jest to, że czasopisma notowane na Web of Science, ale nie w SCOPUSie będą z tego tytułu dyskryminowane, jako pozbawione współczynnika SNIP.

Rezygnacja z praktycznie martwego  ERIHa jest zrozumiała, niezrozumiałe natomiast jest pominięcie jego następcy – listy ERIH Plus. Przez lata tłumaczono nam, że ERIH grupuje czasopisma o wysokim standardzie edytorskim, tu nagle, bez słowa wyjaśnienia czasopisma z tej listy stają się naukowym badziewiem za 5 pkt. W kuluarowych rozmowach pojawiał się argument, że ERIH Plus w przeciwieństwie do ERIHa nie recenzuje czasopism, tudzież że możliwe jest wprowadzenie nań czasopism nieistniejących. Pierwszy argument jest wątpliwy – klasyfikacja ERIH polegała jedynie na podziale czasopism na międzynarodowe i lokalne, co niekoniecznie musiało przekładać się na jakość. ERIH Plus nie wprowadza takiego podziału i to jest główna różnica między listą starą i nową. Drugi argument jest wątpliwy dla każdego, kto  wprowadzał czasopismo na listę: administratorzy naprawdę dość solidnie sprawdzają, kto im się do bazy ładuje. Tak solidnie, że lista polskich czasopism na ERIH Plus nie jest szczególnie imponująca. Należy dodać, że czasopisma na tej liście spełniają standardy edytorskie do jakich mają „aspirować” redakcje objęte rządowym programem wsparcia i zasługujące z tego tytułu na całe 20 pkt. Czasopisma z ERIH Plus w większości nie są w otwartym dostępie, ale też nikt im nie dopłaca za spełnianie standardów wydawniczych. W rezultacie cały wysiłek polskich redakcji włożony w wejście na ERIH Plus pójdzie na marne. Uważam, że z tego względu czasopisma na ERIH Plus powinny być traktowane jak 500 Wspaniałych z programu rządowego i mieć przypisane 20 pkt.

Lista wydawnictw jest dobrym pomysłem, podobnie jak podział wydawnictw na dwie grupy. Nieprzejrzysty i niejawny jest natomiast proces recenzowania dorobku tych wydawnictw. Brak trybu zgłaszania się do oceny przez wydawnictwa lub zgłaszania wydawnictw do oceny przez autorów, względnie ewaluowane uczelnie.  Nie ma weryfikowalnych kryteriów oceny wydawnictw, ani procedury odwoławczej. Lista wydawnictw (czasopism również) publikowana jest jako komunikat, czyli w sumie lex-telex. Natomiast tam, gdzie kryteria te są teoretycznie weryfikowalne (np. równorzędne traktowanie prac drukowanych na zlecenie i zamawianych przez wydawnictwo) konieczna byłaby współpraca z zainteresowanymi wydawnictwami, które musiałyby ujawnić swoje polityki wydawnicze oraz sprawdzenie (w jakim trybie?) uzyskanych w ten sposób informacji.

[EDIT po uwagach czytelnika]: kryteria z par. 3 pkt 1 projektu (procedura recenzyjna i zasady etyki publikacyjnej) spełni praktycznie każde wydawnictwo, zwłaszcza takie z gatunku „drukujemy wszystko.” Chyba nie ja jeden jestem bombardowany takimi ofertami, przeznaczonymi głównie dla walczących o stypendia doktorantów, wysyłanymi przez wydawnictwa A, B, C…Z. Wszystkie gorliwie dostosowały się do obecnych przepisów, wszystkie dostosują się do nowych i będą etyczne i recenzowane. Przynajmniej na papierze. 80 pkt za darmo.

Z wydawnictwami za 200 pkt. jest jeszcze ciekawiej. Mają one publikować

a) monografie wnoszące „istotny wkład w rozwój dyscyplin naukowych,” czyli w zasadzie każde wydawnictwo, które opublikowało rozprawę habilitacyjną (stanowiącą „istotny wkład” w dyscyplinę) spełnia to kryterium;

b) prowadzą globalną dystrybucję (self-publishing na Amazonie wystarczy) oraz wydają monografie w co najmniej 4 dyscyplinach naukowych. I tu jest problem, jest bowiem sporo wydawców o dobrej renomie, specjalizujących się jednak wyłącznie w jednej – dwóch dyscyplinach (prawnicy będą tu szczególnie pokrzywdzeni, ale problem dotyczy nie tylko ich);

c) „uznanie środowiskowe” z uwzględnieniem wykazów wydawców czyli mieszanka oceny eksperckiej i kryterium formalnego polegającego na sięgnięciu do nie zdefinowanych w rozporządzeniu (przykłady są w uzasadnieniu) i arbitralnie dobieranych przez recenzentów wydawnictw. Spełnią ci, co mają spełnić.

d) o stosowaniu jednolitych kryteriów dla publikacji dofinansowanych i pozostałych pisałem wyżej.

No i od KEN zależeć będzie, czy np. S.Ch. Windler Verlag w Obervogelgesang (Saksonia) spełniające kryteria a i b dostanie 200 pkt czy nie, albo czy Cheetah Publishers, Gotham spełniające kryteria b,c,d ale wg KEN nie A zostanie zaliczone do „plebsu” za 80 pkt. W ten sposób można zdyskwalifikować np. Bloomsbury Publishing (przejęli ostatnio np. Harta, znanego niezależnego wydawcę literatury prawniczej) jako wydawcę książek dla dzieci. I pisz pan tu apelacje do ślepej kiszki.

[/EDIT]

Ponieważ o punktacji  wydawnictw będą decydować recenzenci, należałoby uwzględnić tu także kwestię ewentualnego konfliktu interesów. No bo jeśli o tym, czy wydawnictwo X czy Y będzie super czy do luftu decydują ludzie, których byt akademicki zależy od tego, czy mają dorobek  publikowany w wydawnictwach pierwszej czy drugiej świeżości, konflikt jest murowany. Ponieważ już trwa okres oceny, wiedza o tym, które wydawnictwa będą wysoko punktowane będzie dosłownie na wagę złota. Niezależnie od osobistej uczciwości członków zespołu orzekającego trzeba by być świętym Pańskim, żeby nie zabiegać o to, by moje wydawnictwo uczelniane nie miało dobrej punktacji i żeby nie szepnąć dziekanowi, gdzie warto przekierować książki czekające na druk.

Absolutnym minimum powinno być nałożenie na ministerstwo obowiązku opublikowania szczegółowych kryteriów, jakimi kierowały się zespoły tworzące listę i uzasadnienia zaliczenia do tej czy innej grupy dla każdego z wydawnictw.

Nie czepiam się natomiast systemu przypisywania punktów, wolno ministerstwu dać za książkę w wydawnictwie Alfa-Omega jako najlepszym na świecie nawet milion punktów. Wolno też dawać dodatkowe zachęty dla humanistów do publikowania za granicą. Zanim przesadziłbym z punktacją, zapytałbym o dwie sprawy – po pierwsze, jak taki rozrzut punktów wpłynie na ewaluację? Przypadkowy wynik, opublikowany przez kogoś tekst w wydawnictwie za milion punktów, może zafałszować ostateczną ocenę i zachęcać do zatrudniania wzorem arabskim, autorów tylko po to, by afiliowali na polskich uczelniach swoje prace, nie prowadząc rzeczywistych badań i nie tworząc zespołów badawczych.  Po  drugie – czy stosowany przez nas system bodźców nie wywoła efektu kontrproduktywnego: zalewu artykułów i propozycji publikacyjnych z Polski. Większość tych tekstów będzie przygotowywana przez ludzi nie mających dużej wprawy w pisaniu w językach obcych i dla zagranicznego czytelnika. Przypomnę – od doktora zgodnie z Ustawą 2.0 wymaga się znajomości języka obcego na poziome B2, czyli absolwenta studiów licencjackich, a poziom ten naprawdę nie wystarcza do napisania dobrego tekstu naukowego. W naukach humanistycznych i społecznych występują różnice w stylach pisarskich, a przy pisaniu dla czytelnika międzynarodowego pojawia się jeszcze problem należytego opisu kontekstu tego, co jest badane (np. dość oczywiste fakty z historii Europy mogą być absolutną nowością dla historyka amerykańskiego czy chińskiego). Poza tym pisze się pod konkretne wymogi redakcyjne. Tego wszystkiego można się nauczyć, nie święci garnki lepią. Początki jednak są trudne, a ze względu na to, że Ustawa 2.0 oparta jest na prostym „B+ albo śmierć,” możemy założyć, że większość z nas rzuci to, co ma napisane zagranicznym wydawcom, albo jako teksty samodzielnie napisane, ale bez korekty językowej robionej przez native speakera  (w niektórych dyscyplinach BSE – Bad Standard English wystarczy, w innych każde słowo ma znaczenie, a pojęcia łatwo się nie przekładają), albo przetłumaczone przez wybranego w przetargu tłumacza nie mającego doświadczenia w tłumaczeniu tekstów naukowych lub przekładzie literackim. W rezultacie teksty takie lądują w redakcyjnym koszu, i to niezależnie od ich jakości merytorycznej, razem z tekstami autorów z krajów, w których nauka jest w najlepszym razie na wczesnym etapie rozwoju, ale które mają ambitnych ministrów nakazujących uczelniom natychmiastowe wejście do światowych rankingów. W rezultacie wydawcy widząc tekst z Polski będą reagowali odruchem pawłowskim wyrzucając je bez czytania do kosza.

Jak jednak pisał mistrz Wiech: „to się okaże w praniu.”

Reklamy