Jak uczeni wydają pieniądze podatnika (perspektywa urzędnicza)

NIK skontrolowała kilkanaście jednostek prowadzących badania finansowane ze środków publicznych (LINK LINK1). Posiłkowała się mierzalnymi kryteriami naukometrycznymi, zastosowanymi przy wdrażaniu reformy nauki i szkolnictwa wyższego.  Całość wypadła, delikatnie mówiąc, mało optymistycznie.  Martwi zwłaszcza informacja o tym, że przyjęty system oceny jednostek naukowych nie daje realnej informacji o jakości ich prac oraz o tym, że część badanych instytucji „podrasowała” dane na potrzeby sprawozdawcze.

Najciekawszą częścią raportu jest jednak zapis dyskusji nad jego wynikami i krytyka przyjmowanych miar oceny naszej działalności. Dyskutowali urzędnicy z uczonymi od „hard sciences,” jednak część spora argumentów jest ciekawa także z punktu widzenia przedstawiciela nauk humanistycznych i społecznych.  Nasze intuicje pokrywają się znacznie z tym, co trapi kolegów od tzw. badań podstawowych.

Tym czytelnikom, którzy nie chcą przebijać się przez całość raportu polecam szczególnie omawiany przez Ł. Turskiego przypadek Andrew Wilesa (s.79). Cztery lata bezczynności naukowej, indeks H=0, potem BANG, powstaje dowód Wielkiego Twierdzenia Fermata. Geniusz, że tylko na rękach nosić i hołubić, nieprawdaż? A nie, wcale nie, zdecydowanie nie! Wedle naszych kryteriów ten człowiek jest naukowym pasożytem, marnotrawcą publicznych pieniędzy  i obciążeniem dla swojego instytutu.

Stan obecny prof. Turski podsumował tak: Robienie kariery naukowej w Polsce wymaga właściwie wizyty u psychiatry. po co to robić? po co?!

Sapienti sat!

Reklamy