Boloński galimatias – odsłona druga

Lekko zaniepokojony groźbą, że nie będzie już ERASMUSa i w ogóle niczego nie będzie postanowiłem zerknąć na jakiś wzorcowy kraj boloński, żeby zobaczyć, czy wszystko tam tak ładnie w systemie 3+2 wygląda. Odpuściłem sobie Europę Środkową, bo odzwyczajanie się od pięcioletnich studiów idzie tam ciężko. Podobnie odpuściłem sobie Francję, bo oni wszystko robią po swojemu.

Naturalnym wyborem okazała się Wielka Brytania, bo w końcu anglosaska struktura studiów legła u podstaw reform bolońskich. I już na starcie – niespodzianka. Okazuje się bowiem, że o ile Anglicy mają trzyletnie licencjaty (BA, BSc etc), to już magisterium może trwać rok albo dwa, zależy, jak leży. Natomiast tacy Szkoci, których broń Boże nie należy mylić z Anglikami, mają czteroletnie honours degree, a w dodatku niektóre z nich nazywa się magisteriami, choć nie są magisteriami w bolońskim tego słowa znaczeniu (LINK). Ba, można nawet studia skończyć rok wcześniej, otrzymując gorszy ordinary degree (system ordinary/honours degree działa też w Anglii, choć w nieco innym kształcie). W dodatku przebąkuje się o tym, że taki trzyletni kurs można by zmieścić w dwa lata. To jednak nie wszystko. Anglosascy dziwacy poszli ostatnio jeszcze dalej i coraz częściej oferują studentom tzw. integrated Master’s degree, czyli pakiet „dwa w jednym,” w modelu 3+1 (licencjat plus roczne magisterium za 60 ECTS).

Dziwactwo to wydaje się rozszerzać nawet na spokojnych Szwajcarów, którzy w wyższych szkołach pedagogicznych przyjmują studentów na studia „dwa w jednym” z możliwością zakończenia ich po trzech latach, ze stopniem BA, ale bez uprawnień do nauczania w szkołach średnich. Wariant szwajcarski przypomina model 5-2.

To wszystko jednak jest tylko żonglerką przepisami, punktami ECTS i decyzjami tak politycznymi, jak i menadżerskimi. Problemem jest bowiem wypełnienie studiów I i II stopnia konkretnymi treściami. Że jest to problem poważny świadczy choćby i to, że MNiSW nie jest w stanie opublikować wzorcowych kryteriów kształcenia dla większości kierunków studiów.To co (jakoś) udało się w przypadku dawnych standardów nauczania, przy KRK okazało się zadaniem ponad siły.

Na praktyczną stronę problemu zwrócił ostatnio uwagę patrzący nań z perspektywy uniwersyteckiego planisty dr Michał Ł Mochocki. Jak wynika z jego doświadczeń racjonalne ułożenie trzyletniego programu studiów jest, przynajmniej w przypadku anglistyki, niemożliwe. Między innymi z tego powodu jest on dość sceptycznie nastawiony do pomysłu studiów 5-2, bo jego zdaniem nie rozwiążą one problemu. 

Dlaczego zatem coś, co nam się wyraźnie nie udaje, udaje się Anglikom i w pewnym stopniu Szkotom? Popatrzmy na przykładowy program studiów historycznych (kierunek wybrano przypadkowo, uniwersytety również) dwóch uniwersytetów szkockich (Strathclyde i Edynburg), dwóch angielskich (Royal Holloway, tu w wersji eksternistycznej, oraz Leeds). Programy angielskie wydają się być nastawione na stosunkowo wczesną, wąską specjalizację, podczas gdy Szkoci pozwalają na wybór kursów także spoza tradycyjnego historycznego curriculum. Programy polskie nie tylko są nastawione na przekazanie szerszej i systematycznej wiedzy, ale także mają dodatkowy element w postaci przedmiotów kształcenia ogólnego (języki obce, filozofia, WF itd), których brak w angielskich siatkach godzin. Polski model studiów pod tym akurat względem wydaje się być bliższy modelowi amerykańskiej liberal arts education. Od studenta college’u wymaga się bowiem zwykle zaliczenia pewnej liczby przedmiotów dających mu wykształcenie ogólne, wykraczające ponad to, co związane z kierunkiem studiów. Takie core curriculum można zobaczyć na przykład tu. Amerykańskie studia I stopnia trwają cztery lata.

Z tego pobieżnego przeglądu wynika, że przy zachowaniu przedmiotów z kanonu wykształcenia ogólnego racjonalne zaplanowanie programu studiów w trzyletnim cyklu kształcenia jest trudne, jeśli chcemy dać studentowi porządne wykształcenie, zakładając na przykład, że opanuje język w stopniu umożliwiającym swobodne korzystanie z literatury fachowej. W cztery lata da się to zrobić. Alternatywnie możemy wyłączyć te dodatkowe przedmioty z programu studiów i zaoszczędzone godziny przeznaczyć na racjonalnie rozplanowane zajęcia z dyscyplin związanych z kierunkiem studiów. To jednak wymaga przyjęcia, że ciężar kształcenia ogólnego i językowego spada na liceum. Dodatkowo pozbawi to przedstawicieli mniej popularnych kierunków możliwości realizacji pensum, na które na niektórych uczelniach składają się w znacznej mierze właśnie zajęcia „ogólnorozwojowe.”

Można też przyjąć wariant pośredni – dłuższe studia ogólnoakademickie z mocnym blokiem kształcenia ogólnego oraz krótsze o profilu praktycznym, pozbawione ozdobników w rodzaju filozofii, języków czy WF.

Wybór jak zwykle ma ustawodawca.

 

Reklamy

3 Comments

  1. cytat: „Że jest to problem poważny świadczy choćby i to, że MNiSW nie jest w stanie opublikować wzorcowych kryteriów kształcenia dla większości kierunków studiów.To co (jakoś) udało się w przypadku dawnych standardów nauczania, przy KRK okazało się zadaniem ponad siły. ”

    I tutaj wlasnie jest pies pogrzebany. Akademicy nie za bardzo wiedza czego i po co uczyc, traktujac dydaktyke jako zlo konieczne i kule u nogi. Jak za glebokiego komunizmu wszyscy marza by ktos im przygotowal (za nich) „wzorcowa sztampe” programowa, by mogli do niej dostosowac to co wyglosza ex cathedra, nie zastanawiajac sie po co to robia i czy to w ogole ma sens. Tak KRK jest ponad sily naszego srodowiska i to jest jego KLESKA (domniemanych elit) w stosunku do przyszlosci naszego spoleczenstwa. Oczywiscie sa wyjatki – moj komentarz dotyczy sytuacji statystycznej opartej na korporacyjnej grze lokalnych interesow.

    Rownoczesnie przypominam, ze to wlasnie MINIMA programowe, nalozone na egalitaryzm masowych studiow, przyczynily sie do dalszego dramatycznego obnizenia poziomu absolwentow polskich uczelni. Przy niebilansujacym sie finansowaniu dydaktyki malo kto robil cos ponad to minimum. Druga kwestia byly same minima. Nie wiem jak na innych kierunkach, ale na moim ktos nawet w miare poprawnie sformulowal sylwetke absolwenta i czesto rowniez cele poszczegolnych przedmiotow (chociaz nie nazywalo sie to jeszcze KRK), ale jakos nijak nie udawalo mi sie owczesnie zrozumiec jak poprzez konkretnie zapisane TRESCI programowe mozna bylo to sensownie zrealizowac. Byla jeszcze druga prawidlowosc. Im wiekszy „michalek” i/lub watpliwie przydatne curriculum tym tresci programowe byly bardziej szczegolowe. Wyraznie bylo widac, ze juz na poziomie RGNiSW (tak, tak to nie MNiSW je ustalalo) ktos chcal uniemozliwic rozsadna dyskusje na poziomie ujczelni „a to po co w XXIw.?” i zapewnic sobie „godziny” i uiemozliwic nacisk na unowoczesnienie wykladow.

    „Wybór jak zwykle ma ustawodawca.”
    Przez ostatnich 10 lat ustawodawca robil to na co mu POZWOLILO (i/lub ustalilo) srodowisko rektorskie. Moze wreszcie sie to zmieni…

  2. Problem z KRK polega na tym, że pomysł jest fajny, ale wykonanie takie sobie. Choćby dlatego, że trzeba było efekty kształcenia wprowadzać w biegu, co uniemożliwiało spokojną pracę nad czymkolwiek. I nie chodzi tu o „wzorcową sztampę” lub jej brak, tylko o realizację obowiązku ustawowego nałożonego na MNiSW przez ustawę.

    Z perspektywy wydziału z prawami habilitacyjnymi nie ma problemu, bo może sobie uchwalić, co chce i szybko wdrożyć. Wydział bez tych praw czy szkoła zawodowa żeby wprowadzić jakąkolwiek innowację musi przejść biurokratyczną drogę przez mękę, nawet jeśli chce usunąć wykład niedostosowany do życia (gdyby działo się to w czasach Lavoisiere’a, to usunięcie z programu studiów wykładu z teorii flogistonu wymagałoby przeszło roku starań, a te roczniki, które zaczęły studia wg starego planu musiałyby i tak zdawać egzamin z flogistonu, o którym wszyscy wiemy, że nie istnieje). Ustawowe KRK po prostu skracałyby biurokrację o jakieś pół roku.

    U mnie akurat nie ma problemu z ustalaniem, czego uczyć, a to, że w starych standardach ustawodawca zgubił parę ważnych przedmiotów (np. prawo rzeczowe) nikomu nie przeszkadzało, bo jakoś tak wiemy lepiej co ma być w programie studiów. Problemem są przepisy skonstruowane tak, że pewnych rzeczy nie da się zrobić, albo ich wdrożenie będzie (głównie finansowym) samobójstwem.

    Aha, być może mówimy o dwóch różnych rzeczach – decyzjach na poziomie wydziału i public policy. Ot, np takim określeniu, czym są studia II stopnia, jak robi to QAA http://www.qaa.ac.uk/en/Publications/Documents/Masters-degree-characteristics.pdf
    bo raczej o taki poziom definicyjny mi chodziło.

    Na kształt przepisów zawsze wpływają gry interesów, tego się nie uniknie. Nie znaczy to, że nie mamy się starać zaproponować czegoś rozsądnego. Na przykład co do dowartościowania dydaktyki, choć na razie nie wiem, jak to zrobić bez otwierania pola do nadużyć. Jeśli ma Pani jakiś pomysł, chętnie przeczytam (problemem jest rozwiązanie ustawowe, bo na poziomie decyzji uniwersyteckich to wszystko jest do zrobienia, choć przepisy tu raczej nie pomagają).

  3. KRK „zarznelo” znowu srodowisko rektorskie a dokladniej finalnie niejaki Kraśniewski (wieloletni sekretarz KRASP i prawa reka biurokraty Woznickiego). Na poczatku prac ekspertow bolonskich wszystko wygladalo w miare sensownie, ale pozniej zadzialaly mechanizmy srodowiskowo-mentalnosciowe. Jakie?
    Moze 2 „cytaty” tak jak pamietam po latach z jednego ze szkolen ministerialnych.
    1. prof. Ewa Chmielecka pod koniec swojej prezentacji stwierdzila, ze cieszy sie, ze odchodzi na emeryture bo uniknie tych wszystkich telefonow i naciskow co dalszego ksztaltu (uszczegolnienia zapisow)!!!!
    2. prof. Marciniak(? na 90% on a nie Krasniewski) zapowiedzial wlasnie koniecznosc stworzenia dla srodowiska „wzorcowych programow” na poszczegolnych kierunkach argumentujac, ze… srodowisko samo nie jest do tego zdolne…

    Wlasciwie nic dodac, nic ujac. Moze poza jakas dyskusja z posiedzenia KEN (pod?) przy okazji ostatniej nowelizacji gdy JMR UW bronil swobody KRK i wrecz staral sie o jej zwiekszenie a przedstawiciel jakiejs prywtanej(?) uczelni wypowiadal sie w duchu zwiekszenia regulacji tak by mieli pewnosc, ze spelnia wymagania programowe komisji akredytacyjnej. Moj komentarz do ostatniego – to niekoniecznie oznacza niekompetencje tego mniejszego osrodka – raczej zabezpieczenie przed uznaniowoscia czy tez naciskami jak to czasami mialo miejsce w latach rozpasanej wieloetatowosci „samodzielnych”

    Pomysl?
    Nie mam, ale uwazam za aksjomat, ze statystyczne obecne srodowisko w ramach obecnych „autonomicznie demokratycznych” procedur nie jest w stanie noc madrego zrobic. Dydaktyka musi byc zarzadzana MENEDZERSKO na poziomie uczelni (od strony wykonania). Uwazam tez, ze finansowanie tej dydaktyki przez podatnika powinno byc powiazane scisle z uchwalona (jak najbardziej moze byc demokratycznie) misja danej uczelni. Akademicy cos proponuja, zobowiazuja sie, a potem ktos ich z tego rozlicza, a nie fikcja minimow/wzorcowych odgornych programow a potem wolnoc Tomku w swoim domku przy braku jakiejkolwiek zewnetrznej kontroli EFEKTOW ksztalcenia.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s