Dlaczego nie?

W ogólnym zamieszaniu reformatorskim wydaje się nam umykać najważniejsze – projekt Ustawy 2.0 nie jest o sukcesie politycznym tego czy innego ugrupowania, tej czy innej uniwersyteckiej grupy interesów, nie jest także o rankingach, leniwych i pracowitych uczonych, pannach mądrych i głupich, nie jest nawet o zmianie, dobrej lub złej. Jest o Polsce. Jest o tym, jak będziemy wyglądać nie w perspektywie tej, czy następnej kadencji, ale co najmniej tego stulecia. Uniwersytety to duże organizmy, na zmiany reagują stopniowo. Po części ze względu na swoją behemotowatość – zanim się taki potwór obróci, pół dnia minie, po części ze względu na radosną nieufność ustawodawcy, który, z miłości do studentów uniemożliwia wprowadzanie zmian w trakcie cyklu kształcenia. Zatem to, co zaczniemy wprowadzać w roku akademickim 2018/19 da owoce dla studentów zaczynających studia w roku 2019/20, a wpływ tych zmian na absolwentów poznamy najwcześniej w roku 2022/23. Pamiętając, że dłużej klasztora, niż przeora, chciałbym wskazać kilka istotnych ryzyk projektu Ustawa 2.0. Ryzyk mogących zadecydować o klęsce projektu. Lista oczywiście nie jest wyczerpująca, niestety, rozmachowi projektodawców nie towarzyszyła prawnicza precyzja, więc komplet uwag zająłby więcej stron, niż liczy projekt z uzasadnieniem.

  1. Brak porządnej diagnozy. Peer review szkolnictwa wyższego ukazał się we wrześniu, kontrole NIK dotyczące jakości kształcenia nauczycieli i procedur awansowych opublikowano również w ostatnich miesiącach, kolejne trwają. Stawiamy wóz przed konia – najpierw reformując, a potem dowiadując się, co jest do zmiany. Towarzyszy temu banalne „kopiuj-wklej:” wrzucanie do ustawy rozwiązań zagranicznych, bez sprawdzenia, skąd się wzięły, jak i dlaczego działają i czy w ogóle dadzą się skopiować. Podstawowym źródłem wydaje się tu być fundamentalne dzieło Kolega przy piwie mi opowiedział, jak byłem na stażu.
  2. Ograniczenie autonomii uczelni (TAK!) w zakresie kreowania własnego ładu korporacyjnego. Wydaje się, że jedynym źródłem informacji o stanie spraw były dla projektodawców były wypowiedzi pewnego, dość szczególnego typu rektora i dziekana, argumentujących mniej więcej tak: Ja to bym tu reformy i porządek zaprowadził, tylko mi nie pozwalają. Te profesory, związki, adiunkty to mi wszystko hamują i nikogo zwolnić nie mogę. No popatrzcie – mojego kontrkandydata na dziekana wybrali! Jakby tu była firma i zasady jak w biznesie, to bym wszystkich wziął za twarz i uniwersytet by chodził, jak szwajcarski zegarek. Nasz (hipotetyczny, ale odnotowany w badaniach) rektor zapomina o dwóch sprawach – primo, w biznesie też się trzeba liczyć z rozmaitymi konstytuentami, secundo – uczelnie to zespoły kreatywne, tu nie potrzeba na czele specjalistów od mikrozarządzania, tylko liderów potrafiących przekonać społeczność akademicką do własnej wizji. Oczywiście, żeby przekonać do wizji, trzeba ją wcześniej mieć. Tymczasem zamiast obecnego, nieco zbyt rozbudowanego, systemu kolegialnego, w którym żeby efektywnie zarządzać, trzeba mieć zaufanie kolegów, będziemy mieć system menedżerski, w którym rektor będzie mógł sobie przestawiać do woli pionki stojące na czele poszczególnych komórek, ale będzie zakładnikiem (nawet nie marionetką) rady i senatu. O możliwości wprowadzenia alternatywnych systemów zarządzania (menedżerski, kolegialny, przedsiębiorczy) ustawodawca nawet nie pomyślał.
  3. Darwinizm społeczny. Cały system jest oparty na założeniu, że uczony najlepiej pracuje pod batem. W Ustawie 2.0. trwa nieustanna wojna wszystkich ze wszystkimi o kategorię, granty, zasoby, nazwę i prestiż. Bardzo mocno ograniczy to możliwości współpracy międzyuczelnianej i zniszczy te sieci współpracy, które już istnieją. Projektodawcy nie zauważyli, że dla uczelni właściwym modelem jest raczej model coopetition (koopetycja, konkuperacja), w którym konkurenci współpracują ze sobą w pewnych obszarach. Na takiej zasadzie działają klastry czy współdziałają producenci samochodów używający do produkcji tych samych części. Co ciekawe, w Polsce są specjaliści od tego typu współpracy, i to tacy, co to nie tylko „teoryzują,” ale mają na swoim koncie udane projekty budowy klastrów itd. Jakby ministerstwo nie wiedziało, jak do nich trafić, służę namiarami.
  4. Brak wizji wyższego szkolnictwa zawodowego. Ustawa próbuje wprowadzić binarny system szkolnictwa wyższego, z podziałem na uczelnie typu uniwersyteckiego i wyższe szkoły zawodowe. O ile nie jestem przeciwnikiem takiego dualizmu, o tyle sposób jego wprowadzenia uważam za wyjątkowo niefortunny. Po pierwsze, kształcenie zawodowe jest przez ustawodawcę wyraźnie traktowane jako gorsze, a spadnięcie do kategorii „zawodówki” jest karą w uniwersyteckim wyścigu szczurów. Tymczasem systemy binarne działają skutecznie tylko tam, gdzie niemożliwe jest, by uczelnia przechodziła z jednego sektora do drugiego. Sektor uniwersytecki i praktyczny mają różne misje i cele, tu nie ma awansu z okręgówki do pierwszej ligi. Przekształcenie PWSZ w uniwersytet byłoby jak awans z ligi piłki wodnej do ligi piłki nożnej. PWSZy nie będą miały autonomii dydaktycznej i nie będą mogły szybko reagować na potrzeby rynku (mityczna akredytacja instytucjonalna pojawi się pewnie za 10 lat). Po drugie nie ma klarownej wizji, czym mają być wyższe szkoły zawodowe. Z lektury projektu wynika, że mają kształcić praktycznie, mogą prowadzić badania, a nawet nadawać doktoraty, ale nie mogą prowadzić szkół doktorskich, ani ubiegać się o fundusze publiczne na badania. I tu jestem w kropce, bo wychodzi, że ustawodawca nie ma odwagi, by wprowadzić 2 konkurujące ze sobą realnie sektory: specjalizujący się w badaniach podstawowych i stosowanych. Sektory, których przedstawicielami tradycyjnie były uniwersytety i politechniki. Sektory, w których nie ma uczelni gorszego sortu, pozbawionych dostępu do funduszy, czy możliwości prowadzenia szkół doktorskich. Po trzecie brak wizji, jak ma być budowana kadra wyższych szkół zawodowych. W ustawie brak nawet elementarza – możliwości zatrudnienia na stanowisku profesorskim praktyka z doktoratem, ale bez doświadczenia dydaktycznego (słynni „wdrożeniowcy” Gowina), co jest standardem przy zatrudnianiu np. profesorów niemieckich Fachhochschulen. Co gorsza, i to najpoważniejszy zarzut wobec projektodawców, nie uwzględniono doświadczeń tych państw, w których zrezygnowano z binarnego podziału szkolnictwa wyższego (Wielka Brytania, Australia), przekształcono go w sektor uniwersytecko-zawodowy (RPA z jej comprehensive universities), lub w którym uczelnie zawodowe nabierają akademickiego sznytu (Niemcy, z FH prowadzącymi badania, a nawet uzyskującymi prawa do nadawania stopnia doktora). Być może kopiujemy modę z zeszłego sezonu?
  5. Brak jasnej wizji ścieżki dydaktycznej kariery. Oprócz wspomnianej wyżej niemożności zatrudniania professors of practice ustawodawca ucieka przed odpowiedzią na pytanie, jakie kompetencje ma mieć uczelniany profesor dydaktyczny. O ile umie drobiazgowo uregulować kryteria habilitacji, czy tytułu naukowego, o tyle dydaktyka jest dlań zbyt trudna lub zbyt mało ważna, by o niej pisać. Tymczasem ścieżka dydaktyczna zadziała tylko wtedy, gdy kolejne etapy kariery dydaktyków i uczonych będą porównywalne. Oznacza to konieczność wprowadzenia osobnego postępowania kwalifikacyjnego na docenturę dydaktyczną  i tytuł profesora dydaktycznego (lub po prostu już istniejącego profesora oświaty), lub rezygnacji z państwowych kryteriów habilitacji i tytułu. Bez możliwości uznania kwalifikacji dydaktycznych na innej uczelni, profesura dydaktyczna funta kłaków nie będzie warta.
  6. Brak sensownych kryteriów uznawania zagranicznych odpowiedników habilitacji i tytułu naukowego. Przepisano prostopadłe do rzeczywistości kryteria z ustawy min. Kudryckiej, zamiast po prostu ex lege jednostronnie uznać habilitacje i tytuły z tych krajów, w których są one nadawane (od ustawodawcy zależy, czy słowacka habilitacja będzie uznawana jako docentura dydaktyczna, a niemiecka – jako naukowa, czy odwrotnie) i wprowadzenia kryteriów oceny kwalifikacji uczonych z państw nie-habilitacyjnych.
  7. Centralizm niedemokratyczny. To, co jest esencją autonomii uczelni, to jest nadawanie stopni naukowych i decydowanie o tym, kto godzien jest profesury przechodzi na Radę Doskonałości Naukowej. Ułomność obecnego podziału kompetencji między RDN a uczelnie sugeruje, że albo powinniśmy z Rady zrezygnować i wprowadzić tylko mechanizm losowania recenzentów jak sędziów w sądach (niech tam, głupie, ale nikt nie powie, że jurorzy byli tendencyjni), albo przenieść nadawanie stopni wyłącznie na RDN. To ostatnie uważam za systemowo logiczne, choć niebezpieczne. RDN przypomina bowiem konstrukcyjnie dawną Centralną Komisję Kwalifikacyjną, ta zaś była pomyślana jako narzędzie sekowania uczonych, którzy się władzy nie podobali. Czasy inne, ale narzędzie nadal niebezpieczne, a pokusa forowania swoich – duża. Potrzebne byłyby mechanizmy zabezpieczające przed arbitralnością decyzji. Te same wątpliwości dotyczą ewaluacji naukowej. Zbyt wiele pozostawia się do regulacji w rozporządzeniu, co oznacza, że w zależności od widzimisię ministra parametrami ewaluacji będzie można posterować tak, żeby w Polsce zostało 5 uczelni akademickich, albo przeciwnie, żeby każdy miał co najmniej jedną dyscyplinę katergorii B+ i prawa doktoryzowania. Tu pokusa jest tym większa, że mechanizm ten pozwala realizować doraźne cele polityczne. Ba, nawet dawać nieuczciwą przewagę konkurencyjną – nowy okres ewaluacji już się zaczął, ale uczelnie jeszcze nie wiedzą, według jakich zasad będą oceniane. W tej sytuacji swój człowiek w zespole przygotowującym nowe zasady oceny to skarb.
  8. Nieelastyczność. Jeden model zarządzania, bardzo sztywne reguły tworzenia studiów. O nowościach w rodzaju studiów modułowych, top-up degrees, professional doctorates (sensowne, jeśli wprowadzamy binarny system uczelni) itd. możemy pomarzyć. Tam, gdzie trzeba było doprecyzować ustawę – na przykład przy studiach wspólnych prowadzonych przez kilka ośrodków ustawodawca milczy. Nie wiemy na przykład, czy jeśli studia wspólne mają Politechnika Pcimska, Uniwersytet w Grójcu i Akademia Alkoholowa w Moczygębach, do współczynnika SSR studenci będą się liczyć w jednej (której?) czy wszystkich trzech uczelniach? Gdzie pójdzie dotacja na tego studenta itd.?
  9. Mnogość ciał przeróżnych. Od rad, konwentów, parlamentów i komisji tu się roi. Zamiast prostej struktury: akredytor odpowiedzialny za kształcenie (także na poziomie doktorskim), reprezentacja uczelni w stosunkach z rządem (Konferencja Rektorów) i reprezentacji studentów (Parlament Studencki) mamy tyle ciał, że uzgodnienie czegokolwiek zajmie wieki. Jedyna zaleta jest taka, że będzie gdzie ludzi powsadzać, tytuły mile ego połechcą, a dodatkowo przy tak wielu różnych ciałach konsultacyjnych obstrukcja i brak reform murowany.
  10. Punitywność. Ustawodawca lubi karać. Proporcjonalnie w przepisach o szkolnictwie wyższym najwięcej miejsca zajmują postępowania dyscyplinarne, choć w Ustawie 2.0 uczony jest już tylko pracownikiem najemnym, więc kodeks pracy by wystarczył. Na szczęście zrezygnowano już z przepisu, zgodnie z którym już wszczęcie postępowania karnego eliminuje z zawodu, zostawiono jednak eliminację ze względu na wyrok skazujący. Żaden wydział informatyki nawróconego hakera już nie zatrudni. W przepisach roi się od surowych sankcji za jakieś drobiazgi w rodzaju jednodniowego spóźnienia z wydaniem dyplomu. Skutek będzie taki, że obrony będą po 2 na dzień, a studenci będą się do grudnia bronić.  No i wyraźnie łatwiej wpisać do ustawy surową sankcję za byle co, niż zbudować podwaliny pod sensowny system szkolnictwa wyższego.

Amen!

Reklamy

2 Comments

  1. No dobrze, ale skąd te wszystkie grzechy ustawy? Czy nie stąd, że są pisane prawdopodobnie przez „elity” naukowe z prostą myślą przewodnią, by to tym „elitom” było dobrze? Mam na myśli np. elity ssące przez grubą grantową słomkę państwowe fundusze. TKM!

    W tej ustawie nie ma myśli ani wizji państwotwórczej.

  2. Publikuj albo giń. Tylko po co publikować. Po co marnować podatki obywateli na tych co umieją tylko publikować. Co z tych publikacji ma podatnik polski i polska gospodarka. Dziwne, że za wielkich mędrców uchodzą ci co dużo opublikowali, a jak ktoś dużo publikuje, to chyba sam nie docenia wartości swoich publikacji i osiągnięć naukowych skoro je tak łatwo ujawnia. No chociażby ci od sieci neuronowych. Dużo mają publikacji i co żadnej firmy na tej wiedzy nie stworzyli. Widać zyskowniej jest publikować o sieciach neuronowych niż na ich podstawie tworzyć profesjonalne oprogramowanie.
    A po co zachowywać habilitacje i profesury, no po co? Przecież większość z nich to teoretycy albo sztukolodzy co uprawiają sztukologię i zero przełożenia na praktykę. No cóż można opublikować kolejne rozwiązanie równania różniczkowego czwartego rzędu przy założeniu, że masa obiektu równa się zero. Artykuł jest, ale po co i komu to służy?
    Gowin już skapitulował. Wpierw mówił o powiązaniu szkolnictwa wyższego z gospodarką w celu podniesienia jej innowacyjności, a gdy prezentował w Krakowie ustawę 2.0 mówił w zasadzie o podniesieniu jakości kształcenia wyższego, tylko w zasadzie nie podał kryteriów oceny tej jakości. No cóż interesy habilitantów i profesorów nie zostały zagrożone.
    Mieszanie w kotle o tych samych składnikach Gowin nazywa reformą, a ja ściemnieniem, bo z tego mieszania wyjdzie taka sama zupa jak wcześniej.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s