Czy widzisz światełko w tunelu?

Wczoraj MNiSW pokazało beta wersję Ustawy 2.0. Taką po uwzględnieniu części sugestii środowiska. Na razie, po pierwszej, pobieżnej lekturze widać, że jest ona znacznie lepsza, niż produkt wyjściowy. Widać też, że będzie wymagała dalszych prac. Przy czytaniu mam wrażenie, że ministerstwo tak skupiło się na rzeczach wielkich, że z pośpiechu zapomniało o małych. Tymczasem przez te drobiazgi cała reforma może się w praktyce rozsypać. Jak w tej bajce o kowalczyku, który niedbale podkuł konia posłańca, przez co ten nie dotarł z rozkazami na pole bitwy, która z tego powodu została przegrana.

Te sprawy małe są różnego kalibru, od łatwych do poprawienia po wymagające daleko idących zmian. Do małych zaliczyłbym na przykład to, że w przepisach o radzie uczelni wyliczono czynności monitoringu finansowego, nie wskazano natomiast na czym polega monitoring zarządzania. Do wielkich – to, że ministerstwo wciąż jeszcze nie zdecydowało się, po co Polsce uczelnie. W tekście ustawy różne ścierające się koncepcje. No i jeśli chcemy mieć reformę, to po wejściu w życie ustawy trzeba by od zera ukonstytuować senaty, a kadencja rady i senatu nie mogą być tożsame. Inaczej ekipa, która powoła pierwszą radę rządzić będzie wiecznie, a nawet zza grobu.

Ustawa utrzymuje powiązanie wszystkiego, co trzeba i nie trzeba z kategorią badawczą, czasem z zaskakującymi skutkami. Na przykład nazwy uczelni akademickich są powiązane z liczbą dyscyplin kategorii A do B+, ale utrata kategorii nie powoduje konieczności zmiany nazwy uczelni, mogą więc istnieć uniwersytety kategorii C. Może warto przemyśleć zasady nadawania nazw?

Niezrozumiałe jest uprzywilejowanie sektora niepublicznego – uczelnie niepubliczne nie muszą np. mieć rady, a założyciel nie jest wymieniany jako organ uczelni, choć ma uprawnienia większe, niż rada i senat uczelni publicznej.

Ustawa w dalszym ciągu niekonsekwentnie próbuje wprowadzić podział na sektor uczelni zawodowych (kształcących praktycznie) i akademickich. Podoba mi się danie uczelniom zawodowym wyłączności na kształcenie specjalistyczne, należałoby jednak pójść za ciosem i stwierdzić, że nie ma sensu, by uczelnie badawcze prowadziły studia praktyczne i dualne. Należałoby też usztywnić podział między sektorami, nie pozbawiając żadnego z nich praw do nadawania stopni.Niestety,   spadek do poziomu „zawodówki” wciąż jest w ustawie sankcją, a kryteria prowadzenia studiów praktycznych są takie, że z miejsca widać, że to gorszy rodzaj studiów. Tymczasem nie da się z dnia na dzień przekształcić uczelni akademickiej w zawodową, bo to inne typy uczelni. Nie rozumiem też, dlaczego od nauczycieli akademickich prowadzących zajęcia na kierunkach praktycznych nie wymaga się doktoratu oraz praktyki zawodowej (standard w germańskiej strefie szkolnictwa wyższego). Nie uwzględniono tego, że uczelnie zawodowe w Niemczech przez usus a Holandii z mocy ustawy mogą posługiwać się nazwą University of Applied Sciences. Jest to przykład dobrej praktyki, którą łatwo byłoby wprowadzić, przyznając jednocześnie tym uczelniom prawo nadawania stopni naukowych.

Z niezrozumiałych względów ustawodawca nie lubi liberal arts colleges, kształcących akademicko, ale niekoniecznie prowadzących badania i łączy studia akademickie z kategorią badawczą. W ten sposób polski Harvey Mudd College czy Washington and Lee University nigdy nie powstaną.

Konsekwencją powyższej niechęci jest to, że minima kadrowe nie tylko nie zniknęły, ale zostały dla studiów akademickich zaostrzone. Żeby wziąć udział w nowej ewaluacji jednostek uczelnia musi mieć co najmniej 12 pracowników reprezentujących daną dyscyplinę. Do tego należy dodać pracowników dydaktycznych i z dziedzin pokrewnych. No i mamy klops. Poza tym nie wiem, co będzie w rozporządzeniu o warunkach prowadzenia studiów. Może okaże się, że trzeba mieć 12 profesorów tytularnych, żeby otworzyć studia licencjackie?

Podział na uczelnie zawodowe i ogólnoakademickie ma sens, przy czym w każdej z tych grup mogą i powinny być uczelnie nadające stopnie doktorskie i takie, które kształcą, ale niekoniecznie mają w swojej misji prowadzenie badań i/lub tworzenie szkół doktorskich.

Wypadkiem przy pracy jest chyba pozostawienie pełnej swobody tworzenia studiów jednostkom kategorii A/A+ i utrzymanie akredytacji instytucjonalnej nie dającej żadnych szczególnych uprawnień. Zdrowy rozsądek nakazywałby danie tej autonomii uczelniom mającym akredytację instytucjonalną (polską lub zagraniczną), reszta po staremu musiałaby się starać o zezwolenie ministra.

Nie przemyślano kształtu studiów praktycznych. Nie rozumiem, dlaczego, wzorem inżynierskich, nie trwają one obowiązkowo 7 semestrów. Dodatkowy semestr na praktykę to jest standard światowy. Też łatwe do poprawienia. Studia II stopnia mają krótszy czas praktyk (pytanie, czy są one konieczne, też do sprawdzenia, co za granicą), problem jest mniej palący. Chciałbym jednak wiedzieć, jak student pracujący (np. nauczyciel przekwalifikowujący się na inżyniera) i studiujący niestacjonarnie odbędzie tę trzymiesięczną praktykę przemysłową? Pamiętajmy, że część studentów pracujących nie przyznaje się pracodawcy, że studiuje, albo studiuje pomimo szykan pracodawcy. Trzymiesięcznych płatnych urlopów na ten cel nie przewidziano. Problem do rozwiązania. O wprowadzeniu zachęt dla pracodawców do przyjmowania studentów na praktyki też nie pomyślano, a taka praktyka jeśli ma być sensowna, stanowi przecież duże obciążenie dla pacodawcy.

Sprawy tytułów i stopni oraz szczebli kariery akademickiej są w ustawie bardzo pogmatwane. Widać, że projektodawcy usiłowali znaleźć kompromis między klasyczną habilitacją a docenieniem kompetencji bez papierka. W rezultacie wyszło dziwnie. Tytuł profesora jest w sumie ładnym ozdobnikiem z dodatkiem do pensji (dlaczego by go uzyskać trzeba kierować grantami to nie wiem, ale to perspektywa dyscypliny, w której koszty badań są nikłe, a wydawcę da się przekonać, że książka się sprzeda). Nic poza próżnością, będącą oczywiście dobrym bodźcem, nie zachęca do jego uzyskiwania. Habilitacja mogłaby być równie dobrze nadawana przez RDN, skoro senat uczelni może tylko przyklepać uchwałę komisji. Ewentualnie odmówić habilitacji pomimo pozytywnych recenzji. Poprawienie oczywiście błędnej decyzji komisji nie wchodzi w grę (wszystkie recenzje pozytywne – głosowanie w komisji na nie). Poza tym tu jak w radzie – zewnętrzni mają większość. Aha, byłbym zapomniał – o stopniach dalej mogą decydować senatorowie bez habilitacji i z zupełnie innej dyscypliny.

Duży plus za uwzględnienie profesorów dydaktycznych z doświadczeniem praktycznym. Minus – za profesorów uczelni (naukowych i naukowo-dydaktycznych) bez habilitacji. Pomijając visitingów z krajów niehabilitacyjnych trudno jest mi sobie wyobrazić kogoś z naukowym dorobkiem profesorskim, komu nie powinno się dać habilitacji. Coś tu nie gra, podbnie jak z profesurą. Może po prostu trzeba przyjąć, że dotychczasowa habilitacja staje się profesurą „belwederską,” a dzisiejszą „odtylcową” będą dostawać uczeni, którym nie zależy na prawie promowania doktoratów albo z innych przyczyn nie chcą się starać o tytuł. Kolejny problem legislacyjny do rozwiązania, inaczej będziemy mieć znów galimatias i dyskusje, kto jest „prawdziwym profesorem w polskim znaczeniu tego słowa.” Na poprawę jakości badań i dydaktyki ten chaos nie wpłynie.

Ewaluacja – niechże ona będzie wreszcie taka, że można planować na kilka lat do przodu. I niech uwzględnia to, czy uczelnia albo osiąga z góry ustalony próg tudzież czy się poprawia z wynikami.

Regionalne inicjatywy doskonałości – diabeł tkwi w szczegółach, tj. jak minister określi granice regionów. Inicjatywy wojewódzkie byłyby bardziej zrozumiałe i nie byłoby pokusy akademickiego gerrymanderingu.

Last but not least – mamy wciąż projekt darwinistyczny, w którym duże uczelnie będą chciały wykosić te na dorobku. W rezultacie uczelnie regionalne poza nielicznymi zostaną „zdegradowane” do „zawodówek” (stygmatyzacja wbudowana w system). Wojna wszystkich ze wszystkimi dotknie także najlepsze uczelnie. Te badawcze, które są na końcu tabeli ligowej, a różnica między pierwszym a jedenastym ośrodkiem rankingu może być pomijalna, zostaną pozbawione dopływu środków, nie będą miały szansy na rozwój, liderzy je wyprzedzą, a one spadną do poziomu regionalnego, gdzie, być może przetrwają, niszcząc przy tym uczelnie naprawdę regionalne. Najgodzej będą miały przy tym uczelnie balansujące między grupą flagową a regionalną, kategorią B+ a B, czy A i B+. To naprawdę trzeba przemyśleć. Może prościej byłoby wziąć linijkę i sztywno posegregować uczelnie, dzieląc je na badawcze, regionalne (kształcące w duchu liberal arts, z możliwością nadawania doktoratów, ale nastawione głównie na dydaktykę) oraz uniwersytety nauk stosowanych kształcące praktycznie w ściśle określonych dyscyplinach? No i z innymi strumieniami finansowania.

Czy widzę światełko w tunelu? Owszem, widzę. Tylko nie jestem pewien, czy się z tego tunelu wydostanę na słonko, czy właśnie zobaczyłem światła nadjeżdżającej lokomotywy.

Ciąg dalszy niewątpliwie nastąpi.

*Tekst bez korekty. Czytelnik przecinki, litrówki, potyłki i błęty poprawia sobie sam w ramach rozwoju zawodowego.

Reklamy

1 Comment

  1. Ze zmienionych drobnostek, acz wielce istotnych, za wielki błąd uważam likwidację stanowiska lektora z dużym pensum (dotychczas 540 godzin rocznie), wynikającą zapewne z braku wiedzy, jak specyfiuczne to stanowisko pracy. Lektorzy języków obcych to niejednokrotnie native speakerzy, zatrudniani często na podstawie umów międzyministerialnych i wysyłani do Polski, by krzewić język i kulturę swojego kraju. Trudno od nich wymagać czynnego włączania się w życie uczelni poza akcjami kulturalnymi, bo często ich słaba znajomość polszczyzny nie pozwala na samodzielne wykonywanie czynności administracyjnych. Ich zadaniem jest uczenie, a przedmiot „praktyczna nauka języka kierunkowego” to w programach studiów neofilologicznych po kilkaset godzin – umowy międzynarodowe nie przewidują natomiast wysyłania więcej niż jednego lektora do jednej uczelni. Temat na wydziałach (neo)filologicznych naprawdę ważki i wart przemyślenia.

Możliwość komentowania jest wyłączona.