12 piszących ludzi

Koniec miesiąca upływa nam pod znakiem poszukiwania 12 punktujących pracowników, potrzebnych by nasza dyscyplina mogła się poddać ewaluacji, oddzielania „dobrze” piszących od „źle piszących” lub niepiszących w ogóle (ci ostatni są betonowymi butami dla dyscypliny), tudzież wymyślania dyscyplin buforowych, w których będzie nie więcej, niż 11 osób, a które wybiorą źle piszący i niepiszący. Do tego dochodzi przenoszenie tychże na etaty dydaktyczne. Kreatywność akademicka w tym zakresie zasługuje na osobny wpis, jak już będą dostępne dane o dyscyplinach nieparametryzowanych. Ciekaw jestem na przykład, czy na wydziałach prawa odżyje, traktowane dotychczas po macoszemu, prawo kanoniczne, uprawiane od tego roku przez równo 11 uczonych.

Problemowi, o którym tu piszę poświęcił kilka uwag na blogu Obywateli Nauki Radosław Rybkowski [EDIT – poprawiona literówka w nazwisku],  zarzucający praktyce wynikającej z nowych zasad ewaluacji niekonstytucyjność. Uważa on, z czym się nie w pełni zgadzam, że przepisy Ustawy 2.0 i obecna praktyka naruszają konstytucyjnie chronione zasady autonomii uczelni i swobody badań naukowych. Nie będę tu streszczał myśli R. Rybkowskiego, odsyłając czytelnika do zwięźle i kompetentnie napisanego źródła. Tu chciałbym natomiast popatrzeć na problem z innej perspektywy: prawa państwa do kształtowania polityki naukowej oraz prawa pracodawcy (uczelni lub instytutu PAN) do decydowania, jakie badania są prowadzone w jednostce oraz kto powinien je porowadzić.

Pierwsza kwestia raczej nie budzi wątpliwości – państwo ma prawo prowadzenia polityki naukowej, decydowania, które badania uznaje za warte finansowania, a które nie. W związku z tym może, w granicach wyznaczonych przez Konstytucję, określić zasady finansowania, oceny jakości badań, przyznawania grantów, a także katalog dziedzin, dyscyplin i obszarów nie tworzący wszak nowej rzeczywistości (jeśli z wykazu zniknie kiedyś matematyka a pojawi się astrologia nie oznacza to, że matematyka nie istnieje, a astrologia jest nauką), tylko będący narzędziem pomocniczym realizacji polityki państwa. W tym wypadku oznaczającym zapewne rozkwit Wyższych Szkół Prognostyki Astralnej i przygarnięcie matematyków przez dyscypliny pokrewne. Państwo nie może natomiast zakazać uprawiania jakiejść dycypliny albo prowadzenia określonych badań, nawet jeśli ze względu na optykę polityczną uważa, że powinny one zniknąć z powierzchni ziemi. Pars pro toto – wesoła dyskusja o dopuszczalności istnienia teologii i gender studies, którą Czytelnik zechce sobie wygooglać sam i na własną odpowiedzialność.

Druga kwestia to prawo pracodawcy akademickiego do decydowania, jakie dyscypliny są uprawiane w jego jednostce i kto ma je uprawiać. Decyzje w tej mierze są czasem trudne, bo mogą oznaczać likwidację nierentownych kierunków i zespołów badawczych (nierentownych w tym sensie, że nie przyciągają studentów, ale za to badań też nie prowadzą), albo takich, które nie wpisują się w strategię rozwoju (przykładem jest tu przeniesienie dobrego zespołu filozofów z Middlesex University do Kingston University). Decyzją uczelni powinno więc być, które dyscypliny badawcze podlegają ewaluacji, a które nie. Uczelnia może także zaproponować pracownikowi zadeklarowanie określonej dyscypliny, jeśli jego dorobek się w nią wpisuje. Na przykład profesor nauk o rodzinie może się wpasować albo w nauki o kulturze, sztuce, religii albo w nauki socjologiczne, albo w obie te dyscypliny. Nie może natomiast do takiej deklaracji zmusić. Ustawa daje pracownikowi autonomię w tym zakresie. Pozwala także na uprawianie dyscyplin nie zadeklarowanych. Jeśli filozof prawa (dla kolegów-filozofów zwykle filozof w sensie czysto Pickwickowskim) będzie publikował w czasopismach filozoficznych a nie prawniczych, nikt mu głowy z tej przyczyny nie urwie.

Trzeba pamiętać też o ocenie pracowniczej, powiązanej od zawsze z wynikami badawczymi. Pracodawca ma prawo zwolnić pracownika, którego wyniki są poniżej oczekiwań, a pracownik nie może tłumaczyć się tym, że jego konstytucyjnie gwarantowana swoboda prowadzenia badań obejmuje także prawo publikowania byle czego, byle jak i byle gdzie w ramach etatu akademickiego. Choć i ten argument w którymś momencie się pojawi, a ja jestem ciekaw, jak sobie z nim sądy poradzą.

Problemem jest natomiast niezbyt fortunna reguła 12 oraz obowiązek uwzględniania dorobku wszystkich pracowników.

Reguła 12 jest niefortunna, bo zachęca do szukania 12 liderów i pozbycia się reszty, prowadzi także do faktycznej likwidacji mniejszych zespołów badawczych. Natomiat uwzględnianie dorobku wszystkich pracowników w powiązaniu z regułą 12 potęguje potrzebę przenoszenia na etaty dydaktyczne czy przypisywania do dyscyplin buforowych. Ocena jakości badań jest dziś nie narzędziem zarządzania jakością, a przydziału praw akademickich, finansów i prestiżowych nazw dla uczelni. Prowadzi do niekonstytucyjnego podziału na uczelnie z pełną i ograniczoną autonomią (grzeszyła tym już poprzednia ustawa), tudzież skupieniu się uczelni nie na badaniach, a na dostosowaniu się do wskaźników.

Problem ten można rozwiązać na kilka sposobów. Jednym z nich jest przyznawanie kategorii z uwzględnieniem procenta poddanych ewaluacji pracowników, co pozwala ocenić sprawiedliwie ośrodki czysto badawcze oraz te, w których badania stanowią jedynie część misji (zob. tu). Można też było wyodrębnić znaną jeszcze z czasów KBN kategorię M(ałe) dla dyscyplin liczących mniej, niż 12 uczonych.

Niestety, w logice systemu, w którym kategoria badawcza i linijka urzędnika decyduje o wszystkim, takie rozwiązania zostają w sferze postulatów. Przy czym nie spieszyłbym się ze zmianą przepisów. Na razie musimy je przetestować w polu. No i w 2021 r zobaczymy, które obawy się potwierdzą i czy MNiSW otworzy dostęp do danych ewaluacynych, kryteriów ustalania wag itd. Anglicy zrobili to już dawno. Komplet wisi w Internecie. My wciąż musimy korzystać z przepisów o dostępie do informacji.

Reklamy

2 Comments

  1. Wpis bardzo dobry, ale przydałaby się analiza szczegółowa profilu psychologicznego tych 12 gniewnych prawników. Reforma w swojej obecnej zwiewnej i wyziewnej postaci jest chyba szczególnie nieprzyjazna prawnikom? Podobno z list ministerialnych ma zniknąć mnóstwo czasopism prawniczych? Podobno w Scopusie nie ma żadnych czasopism dla prawników publikujących po polsku? Czyli: jak na uprawianie nauk prawnych w Polsce wpłynęłoby poważne potraktowanie założenia, że prawdziwa nauka jest tylko w czasopismach międzynarodowych publikujących w jakimś języku kongresowym?

    A jak wydziały prawa przyjmują nowe rozporządzenie (projekt) o kosztochłonności badań i uprawianej dydaktyki? Jakie ono będzie miało konsekwencje dla finansowych filarów polskich uniwersytetów, jakimi chyba powszechnie były dotąd wydziały prawa? A jak podcięcie wydziałów prawa wpłynie na kondycję finansową całych uczelni?

    Tyle pytań i tak mało odpowiedzi!

    PS. Redukcji kadry do 12 sztuk na dyscyplinę przeciwstawia się perspektywa związanej z tym utraty dotacji ze składnika badawczego. A przecież it’s all about the money. Niemniej, taki trend będzie, z masowym przenoszeniem kadry na stanowiska czysto dydaktyczne.

  2. 12 punktujących pracowników, niekoniecznie prawników. U nas ludiej mnogo, jest z czego wybierać. No i taka optymalizacja to głównie problem mniejszych jednostek, w których każdy musi być bardzo dobry, żeby dostać przeciętny wynik w ewaluacji. Na dużym wydziale kilku liderów punktujących za 200 wyrówna kiepski wynik autorów za 5 i 20 pkt. Co do publikacji – jest problem i ma on charakter wszechświatowy, bo ten sam problem co my mają Niemcy i Szwajcarzy na przykład. Czasopism międzynarodowych dotyczących prawa praktycznie nie ma. To skądinąd na dłuższą rozmowę i raczej na priv. A potraktowanie poważnie założenia, że prawdziwa nauka jest tylko w czasopismach międzynarodowych prowadzi do tego, że przestaniemy się zajmować dogmatyką prawa, a przerzucimy się na jego socjologię, filozofię, historię czy studia krytyczne. Czyli jak będzie Pan miał problem do rozwiązania wykraczający poza sądową sztampę, za parę lat nie będzie fachowców umiejących go rozwiązać. To coś jakby założyć, że nie zajmujemy się fizyką teoretyczną, a tylko stosowaną, bo teoretyczna nie przekłada się na patenty i wdrożenia, jest więc dla państwa nieprzydatna.
    Finansowe filary? Hmmm. Raczej kotwice i koła ratunkowe. Dalej będą pomagać wyrabiać SSR, natomiast uprawianie nauki stanie się mniej opłacalne. Czyli lepiej mieć chemię kategorii B, niż prawo kategorii A+. Problemem raczej jest to, że nowa kosztochłonność przeniesie środki do uczelni technicznych = bodziec do fuzji.

    Ad PS – tak, oczywiście, ale to jest rachunek typu: lepiej mieć większe N i kategorię B, czy mniejsze N i B+ lub A. Przy B/B+ odpowiedź jest oczywista, przy B+ lub A już nie.

Możliwość komentowania jest wyłączona.